Darmowe liczniki
Kategorie: Wszystkie | dej baj dej | wygrzebane w sieci
RSS
sobota, 12 stycznia 2013
Iron Man

Obowiązki dnia codziennego to jedno wielkie pasmo niespodzianek uczących koncentracji, strategicznego myślenia i umiejętności podejmowania słusznych decyzji pod presją czasu. Takie odkrywanie zagadek wszechświata w trybie ‘dej baj dej’ połączone z możliwością trwałego uszczerbku na zdrowiu i dobytku – urban survival czyli. W dzisiejszym odcinku – PRASOWANIE.

    Jako że Boskie Me Jestestwo nigdy nie było zmuszone do wykonywania tego typu prac, w pierwszej kolejności postanowiłem zasięgnąć rady u Sensei, Mistrzyni, Guru Żelazka – Mamy czyli. Czynność wydawała się mało skomplikowana, banalna wręcz, więc po krótkim instruktażu i pobieżnej inspekcji tajemniczego płynu który wlać należy w bebechy machiny parowej żelazkiem zwanej, uznałem iż jestem gotów podjąć wyzwanie.  Odbywszy szybką wizytę w sklepie w celu zakupu eliksiru magicznego, który parując dokona cudów z koszulami, popędziłem w trybie jednostajnie przyspieszonym wypróbować w praktyce świeżo zdobytą wiedzę.  

     Przez kilkadziesiąt sekund wszystko było w jak najlepszym porządku. Z mistrzowską wprawą operowałem wyrafinowanym, diabelskim, parującym wynalazkiem, niwelując wszelkie zagniecenia na śnieżnobiałym odzieniu. Zadowolony ze świeżo odkrytego w sobie talentu kontynuowałem prasowanie, absolutnie nieświadom zastawionej na mnie przez okrutny los zasadzki. Niezbyt długo jednak dane mi było cieszyć się sielankową atmosferą tego chłodnego dnia.

     Pierwsze podejrzenia nadchodzącej zagłady wywołały złowrogie dźwięki wydawane przez te miotające parą narzędzie szatana. Bulgotanie i syki brzmiały jak klątwy rzucane przez dławiącego się własnym językiem pogańskiego demona. Chcąc jednak wykazać, iż nie straszne mi czcze pogróżki – kontynuowałem udowadniając mechanicznej bestii, że Radosław twardy jest i szorstki, niczym zad starego hipopotama. Do czasu.

    Wtedy pojawiła się pierwsza plama. Brązowo-rdzawa skaza na koszuli. Na ścianie. Na honorze. Po niej kolejna i następna – z każdą chwilą zwiększające swe rozmiary i konsystencję. Zrozumiałem, że sytuacja jest poważna i wymaga iście lisiego sprytu, oraz napoleońskiego planowania. Wyrwawszy wtyczkę z kontaktu rozpocząłem wietrzenie pokoju wypełnionego dymem, w który szatańska para zdążyła się przeistoczyć. Tę rundę przegrałem, jednak rychle rozpocząłem przygotowania do riposty, szukając miejsca w którym nieomylny Ja mógłbym popełnić błąd.

     Wykluczywszy wszelkie możliwości przyjrzałem się butelce z magicznym eliksirem licząc na to, że znajdę rozwiązanie problemu w opisie użytkowania. Wtedy to zlał mnie zimny pot. Na odwrocie pojemnika, wytłuszczonym drukiem napisano: „stosować zgodnie z zaleceniami producenta zmywarki”.

     Shit. Fuck.



czwartek, 08 marca 2012
Scary Movie

            Pierdolę, więcej nie oglądam żadnych horrorów. Nie dość, że człowiek przez półtorej godziny seansu spala pół paczki fajek to jeszcze pooblewa się biedny tym co akurat pije w momentach mniej lub bardziej powodujących, że serce popierdziela jak kauczuk w sokowirówce. Ale nawet jeśli oglądasz to straszydło z trzema przerwami i przy włączonym świetle, to trzeba pamiętać że Japończycy doszli do perfekcji w trudnej sztuce wywoływania wrażenia iż TO co było przed chwilą na ekranie tv, na bank wylazło z płyty, przepełzło złe kurestwo kablami i bezczelnie w którymś kącie siedzi i się czai.

            No ale ok, jakoś obejrzałem do końca. Profilaktycznie w połowie filmu powłączałem wszystkie możliwe światła w domu, co by w drodze do pokoju mieć wszelkie zakamarki ładnie oświetlone. Wytrawny łowca wszak nie może dać się zaskoczyć. Jednak plan wcale nie był taki genialny jak na samym początku sobie wyobrażałem, gdyż owe światła gasić za sobą trzeba będzie, co może, aczkolwiek nie musi, dać szansę Bestii na atak i zadanie śmiertelnego ciosu, powalenie Szefa na ziemię, wypicie jego szlacheckiej, szkarłatnej krwi, oraz pożarcie wyrwanych z boskiego ciała, idealnie ukształtowanych za sprawą wieloletnich treningów, mięśni. Krótko mówiąc śmierć chujowa jak z dupy, ryzyko porażki dość spore, ale nie będę przecież spał na kanapie. No to lecimy. Najpierw gaszę światło w kuchni i już słyszę jak się poczwara gdzieś między garami tłucze, drzwiczki szafki roztwiera i łeb obleśny wychyla łupiąc sześcioma parami ślepi na strony wszystkie. Normalnie słyszę jak z jęzora wiszącego jak strzęp zgniłego mięsa kapie ślina w postaci kwasu, łapska śluzem pokryte przywierają do kuchennych kafelek i powoli, aczkolwiek zdecydowanie, wybiera się toto na łowy po mojej chałupie. Z uwagi na to, że w aktualnym dla tych zdarzeń momencie byłem jedyną możliwą potencjalną ofiarą  - zdecydowałem o zastosowaniu prastarej techniki buddyjskich mnichów. Zaskoczyć przeciwnika ucieczką. Czyli szybki obrót na pięcie i trucht w tempie jednostajnie przyspieszonym w kierunku schodów. Jednak już przy pierwszych ruchach, jakie wykonałem z trzecią prędkością kosmiczną, Bestia zdała się wyczuć mój krnąbrny plan. Wyczułem jej ruch za plecami, ale trzy ultra szybkie susły przez salon, błyskawiczny plask o kolejny wyłącznik światła i byłem na schodach. Zatrzymałem się na chwilę, żeby ocenić swoje szanse na wykonanie kilku kroków, które mogły okazać się moimi ostatnimi, spoglądając w czerń opuszczonego przeze mnie pomieszczenia. Potwór czaił się w ciemności, potencjalnie niewidoczny dla niewprawnego oka, ale ja wiedziałem że kilka metrów ode mnie czai się krążąc jak głodny, wściekły wilk przy swojej ofierze. No więc popierdalam dalej. Dwa szybkie skoki po schodach. Przy drugim wiedziałem, że ta szkarada wykonuje szarżę na moją piętę, poczułem muśnięcie straszliwych szponów, jednak zachowałem zimną krew pompowaną przez serce z siłą całego składu TGV.   Kolejne dwa skoki, pierdolnięcie drzwiami i jestem. Baza. Na wszelki wypadek od razu wpakowałem się do łóżka, bo przecież nawet małe dzieci wiedzą, że do tej twierdzy żaden potwór wstępu nie ma i co najwyżej może wpełznąć pod kojo wyczekując na odpowiedni moment do zaspokojenia swego głodu. Ale niedoczekanie jego.

            Nie dalej jak 5 minut później okazało się, że trzeba zejść do łazienki. Na dół czyli. A do świtu daleko.

            Walka była ciężka, wysiłek potworny, strach paraliżujący, jednak udało się dotrwać. Do świtu czyli.

Wniosek – następnym razem kupić cewnik.

 

 

poniedziałek, 03 stycznia 2011
Vol. 3

Jakoś dziwnie w minionym roku zapomniałem o tradycyjnym podsumowaniu, więc hir łi goł:

 

- w dalszym ciągu mam uczulenie na anemię marketowych kasjerów

- w dalszym ciągu moim ulubionym zwrotem jest "ja pierdolę"

- w dalszym ciągu najczęściej przeze mnie używaną sentencją jest "nie chciałem, to jakoś tak samo się narobiło"

- w dalszym ciągu mam pomysły głupsze niż zagryzanie śledziem malibu

- w dalszym ciągu wcielam większość z nich w życie

- w dalszym ciągu z gracją wypierdalam przepiękne orły, piruety i inne podwójne axle na oblodzonych chodnikach. W tym miejscu pozdrawiam drogowców i wiwatujące mi tłumy gapiów.

- w dalszym ciągu, konsekwentnie - pomimo emocjonalnej niestabilności - potrafię tylko lubić, nienawidzieć, albo się z czegoś śmiać. Nie ma półśrodków.

- w dalszym ciągu jestem mentalnie i fizycznie wierny mojej błękitnej smerfetce, która z finezją Sputnika wozi mnie tam gdzie ja chcę i tam gdzie ona da radę

- w dalszym ciągu twierdzę, że Pani Bożenka z pobliskiego warzywniaka rządzi i gdyby tylko była 50 cm wyższa, 90 lat młodsza i słyszała co mówię, to pewnie planowalibyśmy wspólną przyszłość

- w dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że Adam Sandler jest najlepszym komikiem, czasy dobrego rockn'rolla się skończyły, Lemmy jest nieśmiertelny, a kto mówi o polityce, ten nie ma o czym gadać

- w dalszym ciągu jestem absolutnie przekonany, że Tolkien znał Juniora. Hobbici sami się nie wymyślili.

- a teraz nowość: sprawiłem sobie akwarium, a wraz z nim dwie rybki. Julian zjada kamienie, a Morris pływa do tyłu (na wstecznym czyli). Jak na razie to jedyne zwierzątka, którym nie udało się uciec spod moich opiekuńczych skrzydeł.

 

Czyli tak na dobrą sprawę niewiele się zmieniło...

 

czwartek, 25 listopada 2010
ZUS

Chcę cofnąć się w czasie i założyć ZUS.

Motto na dziś: Thief: One who finds things before they are lost.

wtorek, 07 września 2010
simple pleasures

Ok - koniec tego pierdolenia. Trzeba sobie uświadomić, że studia się skończyły i najwyższa pora wziąć się kurwa w garść. Nie ma łatwo, ale skoro wszyscy dookoła odnajdują się w obłędzie dorosłości - nadszedł czas i na mnie.

Nie powiem - fajnie było. Dopuściłem się chyba wszystkich możliwych, znanych ludziom niegodziwości, jak również opracowałem kilka nowych. Poznałem kilkoro przezajebistych ludzi, którzy będą mieli o mnie przyzwoite zdanie. Poznałem całą rzeszę takich, którzy mają bardziej realne podejście do sprawy. Spotkałem kilka fajnych dziewczyn i jedną cudowną kobietę, której cząstek do końca życia będę poszukiwał w innych opakowaniach. So it goes. Jedno jest pewne - użalaniem się nad sobą i rozdrapywaniem mentalnych ran nikt nie doszedł dalej niż do ciemnej dupy. Drogowskaz od dziś prowadzi w kierunku zupełnie przeciwnym.

 

Motto na dziś: Slavery gets shit done.

 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
memory remains

Dżizas kurwa ja pierdolę. Zastanawia mnie co jest większą, wyżerającą myśli głupotą: żałowanie za rzeczy, które były i których nie odkręcę, czy świadomość tego że ze sporym prawdopodobieństwem w przyszłości będę walił łbem w ścianę, bo nie zrobiłem tego co wczoraj, dziś, bądź jutro zrobić powinienem, a na co nie pozwala mi tchórzostwo i jakaś jebana kurwa pseudo-duma. W takich chwilach zaczynam pojmować swój pociąg do fajki i butelki w sposób inny niż obciążenie genetyczne.

 

Motto na dziś: The trouble with memories is they keep coming back.

sobota, 28 sierpnia 2010

"Ever tried. Ever failed. No matter. Try again. Fail again. Fail better."

 

środa, 27 stycznia 2010
ehhhhh kurwa

Sprawa natury lokalnej przykuła moją uwagę ostatnimi czasy, chociaż „lokalna”, to ta sprawa już nie jest, jako że stała się ogólnopolską. Kto w ciągu kilku ostatnich dni zaglądnąć w jutiuba raczył, ten pewnie natknął się na krótkometrażowe dzieło kinematograficzne z miastem moim rodzinnym w tytule. Kto nie widział, temu streszczę: dziewczę BARDZO małoletnie przed koleżankami chwaliło się, czego to ostatnio nie wyprawiało z osobnikiem płci przeciwnej, a chwalenie owe wyrazić raczyło językiem wyjątkowo wyszukanym, kurw przy tym nie szczędząc. Przyjaciółki jej najlepsze nagrać ów monolog raczyły i po czasie jakimś trafiło to arcydzieło w internet, przysparzając ogólnopolskiej, aczkolwiek wyjątkowo niechlubnej sławy dziewczęciu. I wszystko pewnie przeszło by prędzej bądź później do normalności, gdyby nie fakt, że chłopiec o którym nasza gwiazda, w wielkim sekrecie z kamerą przy pysku opowiadała, popełnił samobójstwo. I dlaczego musiało dojść do takiej tragedii? Przede wszystkim, jak to jest w ogóle możliwe, żeby takie małe dzieci, takim językiem opowiadały o sprawach na które mają jeszcze w cholerę czasu? Przecież ten cały romantyzm, podchody, jakieś kurwa lewe niepewności mają swój bardzo wielki urok. Czasem większą niż zdobycz satysfakcję daje  sama pogoń. Ehhhhh, ja się chyba kurwa starzeję. Gdzie nie spojrzę tam popierdlają lolitki wypindrzone jakby dopiero co opuściły zakład blacharsko – lakierniczy. Szkoda tylko, że chłopakowi życia już nic nie wróci.

 

Motto na dziś: Hire teenagers while they still think that they know everything.
wtorek, 19 stycznia 2010
Two-Tired

Wracając z pracy dyliżansem mym przecudnym (który – odpukać – dawno już się na środku drogi nie rozkraczył) trafiłem w sam środek burzy śnieżnej, o rozmiarach jąder łosia, czyli nader pokaźnych. I gdy tak dumnie przedzierałem się przez zawieje, śniegi, deszcze i zawieruchy by dotrzeć triumfalnie do celu, oczom mym, z otchłani lodowej ukazał się widok nietuzinkowy. Nadchodził mianowicie ze strony przeciwnej człowiek oblepiony śniegiem, przedzierający się mozolnie przez zawieję i pchający ROWER. I właśnie ten rower mnie tak zaciekawił straszliwie, gdyż nie po raz pierwszy Boskie Me jestestwo tego typu widok ujrzeć w Całym Swym Majestacie raczyło. Bo kto normalny w taką skurwiałą pogodę wyciąga z domu rower? A co ważniejsze - po co?

Sztuka dedukcji, którą w sobie trwale kształcę, przynosi mi trzy wyjaśnienia:

 

  1. Bicykl pełni rolę osiołka – tragarza. W takim wypadku ciężar, który zapewne spoczywałby w ręku, bądź na barkach Strudzonego Kupca, zwisa sobie swobodnie z kierownicy sprzętu mechanicznego. Tylko po co to kurwa pchać?
  2. Pchający wychodząc z domu nie spodziewał się , że pogoda będzie taka jak jest, kiedy do niego wraca. W takim wypadku Pchający opuścił swą lepiankę najpóźniej w okolicach października.
  3. Rower stanowi podporę Strudzonego Kupca, który to zmęczony po udanym handlu udaje się w miejsce swego spoczynku, dalej legowiskiem zwanym. Na kupca działa w takim wypadku kilka sił (siła Tyskiego-Lecha, Stała Absolwenta, oraz zmienna  promilowa). Kombinacja  tych trzech niezwykle potężnych sił natury powoduje nachylenie Kupca do kąta 45 stopni. I wtedy z ratunkiem przychodzi jego dzielny rumak, którego nachylenie pod kątem równym, aczkolwiek w kierunku przeciwnym, stanowi solidną podporę. W tym przypadku, tworząc trójkąt prostokątny, nasz Bohater Ostatniej Akcji może bezpiecznie udać się w kierunku legowiska, będąc przy okazji arcyciekawym zjawiskiem dla osób postronnych.

Motto na dziś: A bicycle can't stand on its own because it is two-tired.

poniedziałek, 04 stycznia 2010
A w głośnikach A Perfect Circle

Dżizusie brodaty... Przeraża mnie perspektywa tej całej „dorosłości”. Człowiek funkcjonuje jak jakiś szczur laboratoryjny: budzenie na dzwonek, mycie, jedzenie, praca, jedzenie, mycie, spanie. Następnego dnia riplej. W łikend jakiś szybki bal, a później tydzień startuje od nowa przytłaczając codzienną rutyną jak jakaś stara, zdarta katarynka.

Tęsknię za czasami, w których trzeba było żuć czterdzieści gum po wypaleniu fajki, co by nie zostać przyłapanym na początkach zgubnego nałogu. Za czasami, w których przewijało się kasety na długopisie, żeby zaoszczędzić baterie do walkmana. Za zapachem gumy ‘Donald’. Za gęsią skórką, której dostawałem odsłuchując po raz pierwszy swoich dzisiejszych ulubionych płyt. Za pierwszymi pocałunkami. Tęsknię za czasami, w których nie było komórek i trzeba było popierdalać na drugi koniec miasta, żeby zobaczyć, że kumpla nie ma w domu.  Za oglądaniem Dragon Ball na RTL7. Za piątą ławką w parku koło zawodówki. Za pierwszym komputerem, który dzisiaj mógłby być jedynie maszyną do pisania w worpadzie. Tęsknię za czasami, w których śmiałem się jak pojebany. Tęsknię za czasami, w których nie tęskniłem za kurwa niczym.

Motto na dziś: There is very little grownup in a child, but a lot of child in a grownup.
 
1 , 2 , 3 , 4